The five stages of grief

W San Francisco jest wieczór ósmego listopada dwa tysiące szesnastego roku. Nazajutrz Amerykanie obudzą się z nowym prezydentem. Nie tym, którego wymarzyła sobie większość Kalifornijczyków. Nie tym, na którego liczył cały liberalny świat. Następnego dnia na ulicach San Francisco będzie słonecznie i bardzo cicho.

W środę popołudniu w okolicznej kawiarni unosi się aromat kawy i rozczarowania. Moja sąsiadka zagaduje mnie na temat nowej rzeczywistości. Jest w szoku. Mówi spokojnie, mając nadzieję, że ktoś pomylił się przy liczeniu głosów. Opowiadam jej o powyborczej sytuacji w Polsce. Trochę się śmiejemy. Trochę smucimy. W końcu ustalamy, że od dzisiaj kawę należy zastąpić winem.

Moje wakacje mają się ku końcowi. Jeszcze raz odwiedzam Chińską Dzielnicę. Jadę rowerem przez Golden Gate Bridge. Jem ostatnią porcję frytek. Oglądam ostatni zachód słońca nad zatoką. Po raz ostatni zasypiam na amerykańskiej ziemi, mając nadzieję, że to jednak nie ostatni raz kiedy tu jestem.

***

It is the evening of the eighth of November two thousand sixteen in San Francisco. The next day the Americans will wake up with the new president. Not the one the majority of Californians dreamt of. Not the one the liberal world was hoping for. The next day, it will be sunny and very quiet on the streets of San Francisco.

On Wednesday afternoon, in a local cafe, the aroma of coffee and disappointment wafts over. My neighbour talks to me about the new reality. She is shocked. She speaks quietly, hoping that someone made a mistake when counting the votes. I tell her about the post-election situation in Poland. We both get a little bit upset. We also laugh. In the end, we decide that, from now on, coffee should be replaced with wine.

My holidays are about to end. I visit Chinatown once again. I cycle across the Golden Gate Bridge. I eat the last fries. I watch the last sunset over the bay. The last time I fall asleep on American soil, hoping that it is not the last time I am here.

_ate0182

_ate0188

_ate0190

_ate0189

_ate0200

_ate0227

_ate0257

_ate0274

_ate0270

_ate0271

_ate0277

_ate0279

Stardust

Jest weekend. Dojazd z Palm Springs do Los Angeles zajmuje półtorej godziny. Zjazd z obwodnicy czterdzieści minut. Szukanie miejsca parkingowego – wieczność.

Mój hostel znajduje się w sercu miasta. Niczym nie różni się od sąsiadujących z nim domków jednorodzinnych. Nie ma żadnej tabliczki, recepcji, nikogo. Jest za to kosz na bio odpady i specjalne pomieszczenie do palenia “trawki”. Część przyjezdnych nigdy nie wychodzi poza jego mury.

Sobota i niedziela w centrum to koszmar. Tłumy turystów, sobowtórów gwiazd, naganiaczy wycieczek. Kolejki na każdym rogu i do wszystkiego. Do galerii, do restauracji, do zdjęć. Spacer po Alei Gwiazd szybko mi się nudzi. Rozpoznaję jedno na osiem nazwisk. Po godzinie chcę położyć się na środku chodnika i krzyczeć.

Hollywood jest inne. Ciche. Zielone. Eleganckie. Ubrane w pastelowe domy i ludzi z psami. Nie słychać dzieci, ale na pewno gdzieś tam są, tulone przez swoje meksykańskie nianie. Ich równie meksykańscy mężowie przycinają krzewy i wyławiają liście z przydomowych basenów. Nikt nie rzuca śmieci. Krawężniki lśnią bielą świeżo nałożonej farby. Tutaj wszystko jest jak w bajce. Tutaj muszą mieszkać słynne anioły z LA.

***

It takes one hour and a half to get from Palm Springs to Los Angeles. Another forty minutes to exit the highway. And eternity to find a parking space. The weekend is about to start.

My hostel is situated in a quiet area in downtown. All buildings look the same. There are no signs. No front desks. Nothing to tell the difference between them. In my hostel, however, there is a special area where one can smoke weed. Some of the visitors never go beyond this point.

Saturdays and Sundays are the worst in the city centre. Full of tourists, doppelgangers and trip advisors. People stand in long lines to everywhere. To galleries. To restaurants. To photos. The Walk of Fame makes me tired very soon. I can recognise only twelve percent of the names. After an hour I want to lie down and tear my hair out.

Hollywood is different. Green. Peaceful. Elegant. It is dressed in pastel houses and people with dogs. You cannot hear children, but, surely, they are somewhere there. Cuddled by their Mexican nannies while their Mexican husbands mow the grass and take care of leaves in backyard pools. No one litters. No one screams. No one makes noise. That must be the place where famous LA angels live.

_ate0057

_ate0058

_ate0059

_ate0073

_ate0074

_ate0077

_ate0080

_ate0096

_ate0101

_ate0106

_ate0107

_ate0118

_ate0122

_ate0125

_ate0131

_ate0139

Seek and ye shall (not) find

W Palm Springs jestem tylko przejazdem. Mam dwa cele – odwiedzić Muzeum Architektury oraz znaleźć dom Franka Sinatry. Ani jednego, ani drugiego nie udaje mi się zrealizować.

Mój GPS myli Muzeum Architektury z Muzeum Sztuki, a przemiły recepcjonista przekonuje, że w całym mieście nie znajdę lepszej wystawy niż w „jego” muzeum. Uspokaja to moje turystyczne sumienie i po trzydziestu minutach pogawędki oraz kolejnych dwudziestu oprowadzania, podejmuję próbę odnalezienia domu Franka. Bezskutecznie. Na ulicach pustki. Nie pomaga mapa w ręku. Na nic zdają się aplikacje w telefonie. Budynek chowa się przed wzrokiem nieproszonych gości (i tych, którzy nie chcieli zapłacić osiemdziesięciu pięciu dolarów za przewodnika). Po prawie godzinie poszukiwań, poddaję się i – z nie do końca zrozumiałym poczuciem spełnienia – ruszam autostradą w kierunku Los Angeles.

***

I am just passing through Palm Springs. There are only two places I want to visit: Museum of Architecture and the house of Frank Sinatra. I fail miserably. At both.

First, my GPS confuses Museum of Architecture with Museum of Art. However, a super nice resepcionist convinces me that the exhibition ‘his’ museum offers is much better than the one I intended to see. It calms down my tourist conscience and, after thirty minutes of small talk and another twenty of a guided tour, I am ready to find Frank’s house. Needless to say, unsuccessfully.

There is no one on the streets. My phone apps are useless. The map I have does not help. The building is hiding from the eyes of unwanted visitors (and those who do not want to pay eighty-five dollars for a guide). After nearly an hour of searching, I give up and – with strange sense of fulfillment – I hit the road to Los Angeles.

_ate0015

_ate0016

_ate0017

_ate0018

_ate0019

_ate0020

_ate0021

_ate0039

_ate0040

Inferno

Kolejny tydzień rozpoczynam w środku nocy. Śniadanie jem z kierowcami tirów, którzy tak jak ja chcą wyruszyć przed porannym korkiem. Sok pomarańczowy, kawa z automatu, dwa tosty i w drogę! Recepcjonistka z motelu nie podziela mojego entuzjazmu.

Od Doliny Śmierci dzieli mnie trzysta dziewięćdziesiąt sześć kilometrów i trzydzieści stopni Celsjusza. Po drodze zrzucam kilka warstw. W sumie pięć. Około południa słońce wznosi się wysoko nad horyzontem. Powietrze zaczyna tańczyć nad asfaltem. Ogarnia mnie senność. Robię krótki przystanek na colę i drzemkę. Nie mogę jednak zmrużyć oka. Cukier i kofeina działają zaskakująco szybko. Kontynuuję podróż. Po prawo nic, po lewo nikogo. Piach, pył, góra, dół. Więcej piachu. Szary pas jezdni ciągnie się aż po horyzont. Dookoła jest pusto i cicho. Jedynie przydrożne skrzynki pocztowe zdradzają, że świat jeszcze się nie skończył. Że ktoś musi zapłacić rachunki. Odpisać na listy.

***

The next week I start in the middle of the night. I eat breakfast with truck drivers who, like me, want to set off before the morning traffic. Orange juice, coffee, two toasts and… off I go! The receptionist from the motel does not share my enthusiasm.

I am three hundred ninety-six kilometers and thirty Celsius degree away from The Death Valley. On the way there I take off several layers. Five to be precise. Around noon the sun is high above the horizon. The air starts to dance over the asphalt. I feel drowsy, so I pull over to drink coke and take a nap. I cannot sleep a wink. Sugar and caffeine work surprisingly quickly. I continue to drive. There is nothing on the right. There is no one on the left. Just: dirt, dust, hills and valleys. All is still. All is silent. Only roadside mailboxes remind that the world is not over yet. That there are people there. They have bills to pay and mails to answer.

_ate9892

_ate9893

_ate9902

_ate9903

_ate9905

_ate9908

_ate9913

_ate9917

_ate9918

_ate9933

_ate9944

_ate9946

Grizzly Land

W Yosemite pogoda bez zmian. Leje. Władze parku zamykają drogi (powyżej 4000 m n.p.m.) z powodu zapowiadanej burzy śnieżnej. Kalifornijczycy zastanawiają się czy w ogóle wyjść z domów. Ktoś tam słyszał o oponach zimowych, ale w stanie spokrewnionym w pierwszej linii ze słońcem, nikt specjalnie nie interesuje się tego typu pogłoskami.

Popołudnie spędzam z niedźwiedzim specjalistą – strażnikiem Sheltonem. Wieść niesie, że to nie tylko gwiazda parku, ale również You Tube’a. Nieważne. I tak nie mam szans na jakąkolwiek wyprawę. Wciąż pada. Szlaki zamknięte. Lawiny kamieni schodzą jedna po drugiej.

Shelton mówi ciekawie, ale zapamiętuję tylko kilka faktów. Kalifornię zamieszkuje około dwudziestu ośmiu tysięcy grizzly, w większości są wegetarianami, jedzenie potrafią wyczuć z odległości trzydziestu kilometrów. Trochę się martwię. W aucie mam banana i parę czekoladek. Skracam spacer i wracam na parking. Samochód stoi cały. Pospiesznie zjadam zawartość schowka – ostatnie dowody mojej ignorancji. Nazajutrz wstaję przed słońcem. Ostatecznie zaczyna świecić.

***

In Yosemite the weather remains unchanged. It pours. The park authorities close the roads (4000 meters above sea-level) because of an upcoming snow storm. Californians wonder whether to leave their houses. They have heard about winter tires, but, in the state related directly to the sun, no one really cares about such rumours.

I spend the afternoon with a bear specialist – ranger Shelton. He is not only a park celebrity, but also a famous YouTuber. I have never heard about him. I do not care. There is nothig else to do. Trails are closed. Paths are muddy. It does not stop raining.

Shelton talks interestingly, but I can remember only few facts. California is home to approximately twenty-eight thousand grizzlies. Most of them are vegetarians. They can smell food from thirty kilometers. I am a little bit worried. I left a banana and a few chocolates in my car. I go back to the parking lot quickly. The car is safe and sound. I eat everything what I have – to foil the scent of my ignorance.

The next day I get up before the sun. It finally begins to shine.

_ate9797

_ate9800

_ate9878

_ate9886

_ate9858

_ate9831

_ate9838

_ate9841

_ate9845

Forty-niners

Po ponad tygodniu w San Francisco, czas na resztę Kalifornii. Wynajmuję samochód i ruszam w stronę Nevady – nad jezioro Tahoe. Nie mam szczęścia do pogody. Przez dwa dni leje, a słońce przygnębione aurą zapada się w swoim smutku. Nie chcę podzielić jego losu. Drugiego dnia wsiadam w auto i bez celu krążę wokół „wielkiej wody”. Wypatruję niedźwiedzi. Stoję w korku. Śpiewam na całe gardło. W drodze powrotnej kupuję kawę na wynos i pączka. Właściwie dwa. Zostają po nich tylko okruchy różowego lukru i kolorowej posypki. Po paru godzinach pojawia się tęcza, a na jednym z jej końców poszukiwacze złota. W ogromnych słuchawkach i gumowych spodniach wyglądają jak astronauci. Badają ziemię jakby nigdy wcześniej jej nie widzieli. Nie interesują ich ludzie. Nie interesuje ich tęcza. Nie interesuję ich ja. Mogę patrzeć na nich godzinami.

***

After more than a week in San Francisco, it is time to explore the rest of California. I rent a car and head towards Nevada – to Lake Tahoe. I have no luck with the weather. It rains for two days and the sun gets depressed. I do not want to share its fate. On the second day I get in the car and drive around ‘the great water’. I look out for bears. I sing aloud. I get stuck in traffic. On the way back I buy coffee and a donut. Two, actually. Only pieces of pink icing and colourful sprinkles are left. After a few hours a rainbow shows up. Gold diggers also. They wear huge headphones and rubber pants. They look like astronauts. None of them care about people. None of them care about me. I can watch them for hours.

_ate9749

_ate9753

_ate9754

_ate9759

_ate9760

_ate9761

_ate9762

_ate9770

_ate9771

_ate9772

The smell of trees

Redwoods. Północ Kalifornii. Jest wcześnie. Jest wilgotno. Zaspane słońce niespiesznie przedziera się przez chmury. Mgła wisi nisko, przysłaniając korony drzew. Choć z początku niewiele widać, z biegiem dnia wyłaniają się „giganci”. Dostojni. Majestatyczni. Zupełnie nie przejęci obecnością ludzi. Ci zaś co chwilę przystają, zadzierają głowy i nieśmiało marzą, aby któreś z nich „oswoić”. Przytulić ich spokój. Usłyszeć ciszę.

***

Redwoods. Northern California. It is early. It is humid. Sleepy sun slowly comes through the clouds. Fog hangs low; covers the treetops. Although, at first not much can be seen, in the course of the day ‘giants’ emerge. Proud and majestic. Totally indifferent to people’s presence. Those, on the contrary, often stop and lift up heads, hoping to ‘tame’ one of them. To hug their peace. To hear their silence.

_ate9557

_ate9579

_ate9608

_ate9597

_ate9618

_ate9631

_ate9636

_ate9637

_ate9638

_ate9660