God Save the Queen

Dwadzieścia siedem siwych włosów zdobi moją głowę. Nie przybywają regularnie. Najczęściej w grupach i znienacka. Lubią zaatakować w słoneczny, leniwy poranek, kiedy człowiek jest na tyle zaspany, że dopiero wieczorem uświadamia sobie powagę sytuacji.

Dzisiaj mija rok od osiedlenia się w Wielkiej Brytanii. Za mną: jedno zimne i deszczowe lato, cztery przeprowadzki, dwa przeciwległe krańce Oksfordu, zero rowerów, choć w mieście, które próbuje zdetronizować Amsterdam w ruchu dwukołowym, nie przystoi mówić o tym otwarcie.

Plan na przyszłość – wytrwać w misji przez kolejne trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Spróbować wszystkich możliwych ‘sticky toffee pudding’ w kraju. Przespacerować się wzdłuż Muru Hadriana. Zobaczyć co widać ze szczytu najwyższej góry Anglii. Przeczytać Jamesa Bonda. Znaleźć drzwi do Narnii. Przestać liczyć siwe włosy.

***

Twenty-seven gray hairs adorn my head. They show up unannounced. Always in groups. Mostly on a sunny, lazy morning when one is so sleepy that they realise the seriousness of the situation only in the evening.

It has been one year today since I moved to Great Britain. So far I have experienced: one cold and rainy summer, four removals, two opposite ends of Oxford, zero bicycles. Although in the city that tries to dethrone Amsterdam in a two-wheeled traffic, it is highly inappropriate to admit it openly.

Plan for the future – continue the mission for another three hundred and sixty-five days. Try every possible sticky toffee pudding in the country. Take a walk along the Hadrian’s Wall. See what you can see from the top of the highest mountain of England. Read James Bond. Find the door to Narnia. Stop counting grey hairs.

_ATE3304

_ATE3305

_ATE3308

_ATE3311

_ATE3324

_ATE3328

_ATE3335

_ATE3338

_ATE3340

_ATE3342

_ATE3345

_ATE3347

_ATE3351

_ATE3356

Advertisements

Marrakech

Nie lubię zimy. Nie umiem się ubrać. Moje ciało nie rozumie systemu warstwowego. Raz mu za ciepło, innym razem za zimno. Tutaj wieje. Tam spływa kropla potu. W nosie gil, a w głowie systematyczne odliczanie do wiosny.

Za oknem pierwszy śnieg na angielskiej ziemi. W oku łza na wspomnienie bezchmurnej Afryki.

Marrakesz to mój pierwszy raz na Czarnym Lądzie. Przypomina mi bardzo azjatyckie miasta. Ich hałas, chaos, labirynt prowadzących niby-do-nikąd uliczek. Na głównym placu tańczą kobry, w cieniu palm odpoczywają rikszarze. Gorące powietrze unosi zapach kminu i świeżej mięty. Maleńkie tagine od rana palą się na rozżarzonym węglu, czekając na swojego turystę. Podobnie jak podrabiane Conversy.

Przyprószony piachem, trochę magiczny, trochę brudny. Różowo-ultramarynowy. Całkowicie opanowany przez kocich władców. Podzielony przez mury. Otoczony przez pustynię. Nieoczywisty. Marrakesz pisany z pamięci.

•••

I do not like winter. I honestly have no idea how to dress. My body does not understand the layer system. It feels either too warm or too cold. Nothing in between. My nose is running, my head systematically counts down to spring.

The first snow has just fallen on English land and I cannot think about anything else than blue skies of Africa.

Marrakech is my first time in this part of the world. It reminds me of Asian cities. Their noise, chaos, their labyrinth of streets leading to disputably nowhere.

Cobras dance in the main square. Rickshaw drivers rest in the shade of palms. The air is scented with cumin and fresh mint. Tiny tagines boil on hot coal waiting for their tourists. The same as knock-off Converse.

Covered with sand. A bit magical. A bit dirty. Ultramarine and pink. Ruled by cats. Divided by the walls. Surrounded by the desert. Inevident. Marrakech written from memory.

_ATE3179

_ATE3180

_ATE3182

_ATE3183

_ATE3184

_ATE3185

_ATE3186

_ATE3187

_ATE3192

_ATE3204

_ATE3257

_ATE3258

_ATE3268

_ATE3279

_ATE3285

_ATE3293

_ATE3294

_ATE3299

Fish, chips and cream tea

Cztery miesiące w Anglii. Pod stosem papierów, referencji i niezliczonej ilości formularzy, nie wiem kiedy minęły. Miało być prosto. Miało być na chwilę. Dzisiaj trzymam w ręku dwadzieścia siedem stron kontraktu na roczny wynajem mieszkania i z niedowierzaniem przechadzam się po jego jasnych dywanach.

Oswajam na nowo kraj, w którym już kiedyś dane było mi mieszkać. Inaczej go zapamiętałam. Otwarcie konta zajmuje dwa miesiące. Odpowiedź na maila czternaście godzin. „Francuskie” z serem i cebulą nie smakują tak jak kiedyś. Nie ma też frytek z sosem curry na każdym rogu. Jest za to smażona na głębokim tłuszczu ryba i silne postanowienie, żeby nie odkurzać zanadto wspomnień.

Jednak w obliczu nadchodzącego lata wszelkie niedogodności blakną. Po zeszłorocznym doświadczeniu deszczowych fiordów, każda temperatura powyżej dwudziestu stopni przyspiesza bicie serca. Na ołtarzu nowego sezonu składam dwie nowe sukienki. Palę zimową czapkę, po cichu licząc, że zima już nigdy nie zawita.

***

Four months in England. Under piles of papers, zillion references and numerous application forms, I do not realise how quickly the time has passed. It was supposed to be temporary. It was supposed to be easy. Today I hold twenty-seven pages of the tenancy agreement and walk on the white carpets in my new flat.

I re-accustom to the country where I once lived. I remember it differently though. Now it takes two months to open a bank account and fourteen hours to answer any email. Cheese and onion pastry does not taste like it used to. Curry chips are almost non-existent. Unlike deep fried fish and cream tea. Same old, same old…

Yet, having summer on the horizon accelerates heart beat. After last year’s rainy Norwegian fiords any temperature over twenty degrees Celsius seems tropical. To make sure the cold weather never comes back, I burn my winter hat and make a sacrifice of two new dresses. Touch wood. Fingers crossed. Two magpies and spit over the left shoulder.

_ATE0765

_ATE0766

_ATE0819

_ATE0823

_ATE0837

_ATE0838jpg

_ATE0850jpg

_ATE0851

_ATE0853

_ATE0856

_ATE0929

_ATE0971

_ATE0963

_ATE0974

_ATE0979

_ATE0999

_ATE0996

_ATE0980

_ATE1175

_ATE1177

The five stages of grief

W San Francisco jest wieczór ósmego listopada dwa tysiące szesnastego roku. Nazajutrz Amerykanie obudzą się z nowym prezydentem. Nie tym, którego wymarzyła sobie większość Kalifornijczyków. Nie tym, na którego liczył cały liberalny świat. Następnego dnia na ulicach San Francisco będzie słonecznie i bardzo cicho.

W środę popołudniu w okolicznej kawiarni unosi się aromat kawy i rozczarowania. Moja sąsiadka zagaduje mnie na temat nowej rzeczywistości. Jest w szoku. Mówi spokojnie, mając nadzieję, że ktoś pomylił się przy liczeniu głosów. Opowiadam jej o powyborczej sytuacji w Polsce. Trochę się śmiejemy. Trochę smucimy. W końcu ustalamy, że od dzisiaj kawę należy zastąpić winem.

Moje wakacje mają się ku końcowi. Jeszcze raz odwiedzam Chińską Dzielnicę. Jadę rowerem przez Golden Gate Bridge. Jem ostatnią porcję frytek. Oglądam ostatni zachód słońca nad zatoką. Po raz ostatni zasypiam na amerykańskiej ziemi, mając nadzieję, że to jednak nie ostatni raz kiedy tu jestem.

***

It is the evening of the eighth of November two thousand sixteen in San Francisco. The next day the Americans will wake up with the new president. Not the one the majority of Californians dreamt of. Not the one the liberal world was hoping for. The next day, it will be sunny and very quiet on the streets of San Francisco.

On Wednesday afternoon, in a local cafe, the aroma of coffee and disappointment wafts over. My neighbour talks to me about the new reality. She is shocked. She speaks quietly, hoping that someone made a mistake when counting the votes. I tell her about the post-election situation in Poland. We both get a little bit upset. We also laugh. In the end, we decide that, from now on, coffee should be replaced with wine.

My holidays are about to end. I visit Chinatown once again. I cycle across the Golden Gate Bridge. I eat the last fries. I watch the last sunset over the bay. The last time I fall asleep on American soil, hoping that it is not the last time I am here.

_ate0182

_ate0188

_ate0190

_ate0189

_ate0200

_ate0227

_ate0257

_ate0274

_ate0270

_ate0271

_ate0277

_ate0279

Stardust

Jest weekend. Dojazd z Palm Springs do Los Angeles zajmuje półtorej godziny. Zjazd z obwodnicy czterdzieści minut. Szukanie miejsca parkingowego – wieczność.

Mój hostel znajduje się w sercu miasta. Niczym nie różni się od sąsiadujących z nim domków jednorodzinnych. Nie ma żadnej tabliczki, recepcji, nikogo. Jest za to kosz na bio odpady i specjalne pomieszczenie do palenia “trawki”. Część przyjezdnych nigdy nie wychodzi poza jego mury.

Sobota i niedziela w centrum to koszmar. Tłumy turystów, sobowtórów gwiazd, naganiaczy wycieczek. Kolejki na każdym rogu i do wszystkiego. Do galerii, do restauracji, do zdjęć. Spacer po Alei Gwiazd szybko mi się nudzi. Rozpoznaję jedno na osiem nazwisk. Po godzinie chcę położyć się na środku chodnika i krzyczeć.

Hollywood jest inne. Ciche. Zielone. Eleganckie. Ubrane w pastelowe domy i ludzi z psami. Nie słychać dzieci, ale na pewno gdzieś tam są, tulone przez swoje meksykańskie nianie. Ich równie meksykańscy mężowie przycinają krzewy i wyławiają liście z przydomowych basenów. Nikt nie rzuca śmieci. Krawężniki lśnią bielą świeżo nałożonej farby. Tutaj wszystko jest jak w bajce. Tutaj muszą mieszkać słynne anioły z LA.

***

It takes one hour and a half to get from Palm Springs to Los Angeles. Another forty minutes to exit the highway. And eternity to find a parking space. The weekend is about to start.

My hostel is situated in a quiet area in downtown. All buildings look the same. There are no signs. No front desks. Nothing to tell the difference between them. In my hostel, however, there is a special area where one can smoke weed. Some of the visitors never go beyond this point.

Saturdays and Sundays are the worst in the city centre. Full of tourists, doppelgangers and trip advisors. People stand in long lines to everywhere. To galleries. To restaurants. To photos. The Walk of Fame makes me tired very soon. I can recognise only twelve percent of the names. After an hour I want to lie down and tear my hair out.

Hollywood is different. Green. Peaceful. Elegant. It is dressed in pastel houses and people with dogs. You cannot hear children, but, surely, they are somewhere there. Cuddled by their Mexican nannies while their Mexican husbands mow the grass and take care of leaves in backyard pools. No one litters. No one screams. No one makes noise. That must be the place where famous LA angels live.

_ate0057

_ate0058

_ate0059

_ate0073

_ate0074

_ate0077

_ate0080

_ate0096

_ate0101

_ate0106

_ate0107

_ate0118

_ate0122

_ate0125

_ate0131

_ate0139

Seek and ye shall (not) find

W Palm Springs jestem tylko przejazdem. Mam dwa cele – odwiedzić Muzeum Architektury oraz znaleźć dom Franka Sinatry. Ani jednego, ani drugiego nie udaje mi się zrealizować.

Mój GPS myli Muzeum Architektury z Muzeum Sztuki, a przemiły recepcjonista przekonuje, że w całym mieście nie znajdę lepszej wystawy niż w „jego” muzeum. Uspokaja to moje turystyczne sumienie i po trzydziestu minutach pogawędki oraz kolejnych dwudziestu oprowadzania, podejmuję próbę odnalezienia domu Franka. Bezskutecznie. Na ulicach pustki. Nie pomaga mapa w ręku. Na nic zdają się aplikacje w telefonie. Budynek chowa się przed wzrokiem nieproszonych gości (i tych, którzy nie chcieli zapłacić osiemdziesięciu pięciu dolarów za przewodnika). Po prawie godzinie poszukiwań, poddaję się i – z nie do końca zrozumiałym poczuciem spełnienia – ruszam autostradą w kierunku Los Angeles.

***

I am just passing through Palm Springs. There are only two places I want to visit: Museum of Architecture and the house of Frank Sinatra. I fail miserably. At both.

First, my GPS confuses Museum of Architecture with Museum of Art. However, a super nice resepcionist convinces me that the exhibition ‘his’ museum offers is much better than the one I intended to see. It calms down my tourist conscience and, after thirty minutes of small talk and another twenty of a guided tour, I am ready to find Frank’s house. Needless to say, unsuccessfully.

There is no one on the streets. My phone apps are useless. The map I have does not help. The building is hiding from the eyes of unwanted visitors (and those who do not want to pay eighty-five dollars for a guide). After nearly an hour of searching, I give up and – with strange sense of fulfillment – I hit the road to Los Angeles.

_ate0015

_ate0016

_ate0017

_ate0018

_ate0019

_ate0020

_ate0021

_ate0039

_ate0040

Inferno

Kolejny tydzień rozpoczynam w środku nocy. Śniadanie jem z kierowcami tirów, którzy tak jak ja chcą wyruszyć przed porannym korkiem. Sok pomarańczowy, kawa z automatu, dwa tosty i w drogę! Recepcjonistka z motelu nie podziela mojego entuzjazmu.

Od Doliny Śmierci dzieli mnie trzysta dziewięćdziesiąt sześć kilometrów i trzydzieści stopni Celsjusza. Po drodze zrzucam kilka warstw. W sumie pięć. Około południa słońce wznosi się wysoko nad horyzontem. Powietrze zaczyna tańczyć nad asfaltem. Ogarnia mnie senność. Robię krótki przystanek na colę i drzemkę. Nie mogę jednak zmrużyć oka. Cukier i kofeina działają zaskakująco szybko. Kontynuuję podróż. Po prawo nic, po lewo nikogo. Piach, pył, góra, dół. Więcej piachu. Szary pas jezdni ciągnie się aż po horyzont. Dookoła jest pusto i cicho. Jedynie przydrożne skrzynki pocztowe zdradzają, że świat jeszcze się nie skończył. Że ktoś musi zapłacić rachunki. Odpisać na listy.

***

The next week I start in the middle of the night. I eat breakfast with truck drivers who, like me, want to set off before the morning traffic. Orange juice, coffee, two toasts and… off I go! The receptionist from the motel does not share my enthusiasm.

I am three hundred ninety-six kilometers and thirty Celsius degree away from The Death Valley. On the way there I take off several layers. Five to be precise. Around noon the sun is high above the horizon. The air starts to dance over the asphalt. I feel drowsy, so I pull over to drink coke and take a nap. I cannot sleep a wink. Sugar and caffeine work surprisingly quickly. I continue to drive. There is nothing on the right. There is no one on the left. Just: dirt, dust, hills and valleys. All is still. All is silent. Only roadside mailboxes remind that the world is not over yet. That there are people there. They have bills to pay and mails to answer.

_ate9892

_ate9893

_ate9902

_ate9903

_ate9905

_ate9908

_ate9913

_ate9917

_ate9918

_ate9933

_ate9944

_ate9946